czwartek, 26 maja 2011

Anna Kowalska "Czekanie"

lubię czekać - praca nie oparta na czasie

Czekanie jest czymś, czego nie lubię, a co spotyka mnie każdego dnia, niemal na każdym kroku codziennego życia. Czekam na tramwaj, na zielone światło na przejściu dla pieszych, w kolejce przy kasie w sklepie, czekam na spotkanie, na telefon, można długo wymieniać. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że w każdej chwili na coś czekamy, to prawda. Ale ja mam na myśli stan, w którym nie wykonuję innych czynności, myślę o tym, na co czekam, a co nie nadchodzi, próbuję zająć się czymś, żeby się nie nudzić. Czasem to trwa tylko kilka sekund, minut, a czasem dłużej. Często w takich momentach myślę, jak dużo mogłabym zrobić przez ten czas. Czuję, że tracę czas, który mogłabym poświęcić na przykład na realizację projektów, które mam do zrobienia.

To właśnie to poczucie straconego czasu, tak bardzo mnie denerwuje i nie daje mi spokoju, kiedy na coś czekam. Dlatego właśnie postanowiłam zrobić pracę na temat czekania, jako czynności, a właściwie stanu, w którym nie lubię się znajdować. Zamierzam przez siedem dni z kolei świadomie rejestrować momenty, w których czekam na coś bezczynnie. Będę odliczać za pomocą stopera czas z dokładnością do sekundy, a następnie notować wynik razem z opisem dnia, godziny, miejsca oraz celu mojego wyczekiwania. Także będę w tych momentach robić sobie zdjęcia. Dzięki temu przez tydzień uda mi się stworzyć coś w zapisu z czekania. Efektem końcowym będzie cykl fotografii z całego tygodnia wraz z opisami, czasu, miejsca, celu i oczywiście przedziału czasowego. Kiedy minie siedem dni zsumuję odnotowane wcześniej czasy otrzymując wynik – prawdopodobnie w godzinach. Będzie to ilość czasu w tygodniu spędzonego tylko i wyłącznie na czekaniu. Pozwoli mi to uświadomić sobie jak dużo czasu tracę w codziennym życiu na samym czekaniu.

Myślę, że praca ta pozwoli mi na chwilę zmienić mój stosunek do czekania. Kiedy będę stać na przystanku czekając na tramwaj, albo w kolejce sklepowej, zamiast myśleć, że właśnie marnuję swój czas, pomyślę, że właśnie realizuję mój projekt. Nie będzie to więc czas stracony.

Tytułem całego projektu będzie liczba. Nie wiem, jeszcze jaka, ponieważ to będzie suma tygodniowych czasów czekania. Wariantem pracy, który ma nie być oparty na czasie będzie właśnie cykl moich fotografii wraz z opisami zatytułowany otrzymaną sumą czasów, czyli efekt końcowy mojego projektu.


http://www.youtube.com/watch?v=Fn5zulQU-a8

nie lubię czekać - praca oparta na czasie

Druga część mojego projektu na temat czekania będzie realizowana w medium opartym na czasie. Zamierzam nagrać animację poklatkową. Będzie to jedno ujęcie, nagrywane przez około godzinę czasu rzeczywistego - co przełoży się na zaledwie kilkadziesiąt sekund animacji. Jako miejsce, w którym będę nagrywać wybrałam opuszczony peron stacji Szczecin Pogodno. Stacja jest dawno nieużywana, nie zatrzymują się tam pociągi, jedynie od czasu do czasu można zobaczyć przejeżdżający tam pociąg towarowy. Wybrałam właśnie to miejsce, ponieważ chcę aby film pokazywał bezsensowne, długie czekanie, które w rezultacie będzie czekaniem na nic. Nie przyjedzie żaden pociąg, do którego wsiądę, nie pojawi się żadna osoba, na którą czekałam. Nic szczególnego się nie wydarzy. Na filmie będzie widać mnie siedzącą nieruchomo na pustym peronie. Nagrywanie animacji przez tak długi czas jak godzina sprawi, że choć końcowa praca będzie trwała nie więcej niż minutę, to przesuwające się po niebie w szybkim tempie chmury będą wskazywały na to, że upłynęło naprawdę dużo czasu, a siedząca postać (czyli ja) ciągle czeka w bezruchu.

Myślę, że ta praca będzie właściwą odpowiedzią na temat oraz kontynuacją pierwszej części mojego projektu, ale co ważne sądzę, że praca ta może zaistnieć równie dobrze w oderwaniu od części nieopartej na czasie, jako niezależny projekt.

Lonia Kaniuk

Projekt oparty na czasie: ARACHNOFOBIA





Wybrałam ten temat, ponieważ pająki od zawsze budzą we mnie ogromny, nieuzasadniony strach i sama tak naprawdę do końca nie wiem na czym on polega.
Zdaję sobie sprawe z tego, że pająki nie stanowią dla mnie żadnego, realnego zagrożenia, jednak ten strach jest na tyle duży, że potrafi doprowadzić mnie do stanu bardzo silnego, emocjonalnego napięcia i nie kontrolowanej histerii.

Poprzez swoją prace chciałabym stworzyć mroczną i intrygującą opowieść dzwiękowa.
Hałas, szmer, nowe, nieznane odgłosy są jednymi z najczęstrzych źródeł przeżyć strachu, dlatego chciałabym zadziałać nimi na wyobraźnie odbiorców.

Całość zostanie zaprezentowana w formie instalacji dźwiękowej, w całkowicie ciemnym, zimnym, piwnicznym pomieszczeniu w budynku Akademii Sztuki w Szczecinie.
Budując taka amtosferę, chciałabym pobudzić jak najwięcej zmysłów, poczynająć od słuchu przez węch, dotyk... Chcę stworzyć miejsce, w
którym nikt nie będzie się czuł pewnie.

Poprzez mój projekt chciałabym dokonać swojego rodzaju eksperymentu na odbiorcach, zabierając ich w podróż do świata wewnętrznych lęków, które każdy posiada, skłonić do przemyśleń na temat tego czym jest strach, czy naprawdę istnieje czy może jest tylko i wyłącznie wytworem naszej wyobraźni.



Projekt nie oparty na
czasie „REALITY SHOW”
Projekt „Reality show” jest odpo
wiedzią na ubiegło semestralną pracę na temat t
ego, czego nie lubię. Jest to praca z lekkim przymrużeniem oka, ponieważ byłam już emocjonalnie zmęczona tematem mojego strachu przed pająkami. Postanowiłam wykonać instalację, która składa się z akwarium, w którym żyją pająki. Jest to typowy przykład wykonania swoistego więzienia dla mojego lęku. Poprzez umieszczenie pająków w przejżystym, ale szczelnym pojemniku, mogłam obserwować je i żyć obok nich, mając świadomość ich niewoli. Daje to poczucie panowania nad nimi oraz władzy nad ich rozprzestrzenianiem się. Takie działanie, poniekąd umożliwiło mi uświadomienie sobie absurdu lęku przed tak małymi i kruchymi stworzeniami.
Niestety. W dalszym ciągu mój lęk jest we mnie obecny, jednak dzięki drugiej części zadania 'nie lubię' przeszłam swojego rodzaju terapię. Zyskałam świadomość, iż u podstaw mojego lęku muszą znajdować się inne powody niż rzeczywiste zagrożenie ze strony tych stworzeń. To kieruje mnie na dalsze i głębsze przemyślenia nad istotą strachu, a także daje inspiracje do dalszych poszukiwań w tym kierunku.


środa, 25 maja 2011

Agnieszka Miężał "Ruina"

Nie lubie być sama w pokoju. Czuje ze wtedy kawałek po kawałeczku sie rozpadam. Nie moge sie nad niczym skupic. Wszystko wydaje sie trudniejesze. Kiedy juz nie moge wytrzymac tego napiecia, strachu przed wlasnymi myslami uciekam. Dlatego chciałam zamknac sie w celi wieziennej na 24 godziny. Nie udało sie. Nakreciłam to wideo. Po 3 miesiacach starań dostania sie do wienienia przestałam "uciekac". Polubilam zostawać sama ze sobą.   

Hanna Szutowicz "Nie lubię mięsa"

Nie lubię mięsa 1.


Jako dwunastolatka przestałam jeśc mięso, gdyż do tamtego momentu nie otrzymałam sensownej, przekonującej mnie odpowiedzi, skąd się bierze mięso.
Niemożliwe przecież, że jedne zwierzęta hodujemy w domu, nadajemy im imiona, stają się naszymi pupilami, a nawet czesto traktujemy je jak członka rodziny, a inne po prostu zjadamy.
Nie znałam wtedy jeszcze całego procesu, jaki musi przejśc nowonarodzone cielę, czy prosię, żeby znaleśc się na naszym stole; nikt z niajbliższych mi-dorosłych-nie potrafił, lub nie chciał tego wytłumaczyc.
Postawiłam więc warunek moim rodzicom, dziadkom - dopuki nie dadzą odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie, nie będę jadła mięsa.
Rodzice, owszem, próbowali tłumaczyc, ale co to za tłumaczenie, że tak po prostu jest..?
Dla mnie?- Żadne.
Bo jak wytłumaczyc dziecku ten problem, skoro oni, dorośli sami nie stawili jemu nigdy czoła?
Wraz z wiekiem niechęc do jedzenia mięsa się nasilała. Zaczełąm moje najbliższe otoczenie atakowac faktami dotyczącymi howu i uboju zwierząt w masowych hodowlach. Ponieważ dokumentacja foto czy wideo tych procesów jest drastyczna, większosc moich wymyszonych słuchaczy reagowała niechęcią, a wręcz wrogością. Niewielu zaś starało się mnie wysłuchac do końca. Może zdawali sobie sprawę iż mam rację, ale wtedy musieliby przestac jeśc mięso.
Albo pozostac totalnym ignorantem. Nie wierzę, że ludzie mogą byc aż tak zepsuci, żeby pomimo poznania niepodważalnych faktów nt. masakry, jaka codziennie odbywa się w rzeźniach i ubojniach, mogli by dalej z czystym sumieniem wspierac ten brudny, konsumpcyjny biznes.
Wiem, jestem naiwna.
Paul i Linda McCartney powiedzieli: "Gdyby ściany rzeźni były zrobione ze szkła, wszyscy bylibysmy wegetarianami". To prawda.
Najczęściej jednak ludzie jedzący mięso i obnoszący się z tym ostentacyjnie, głównie w towarzystwie wegetarian ( jakie to słabe..) nie mają zielonego pojęcia jak powstaje ich ulubione mięso. Ba, nawet nie chcą wiedziec, bo boją się, że ich nabrzmiałe ego okaże się balonikiem, które łatwo przekłuc.
Nie istnieją dla mnie argumenty smakowe.
Nie dotrze nigdy do mnie fakt, ze ktoś godzi się na masakrę zwierząt, tylko ze względów smakowych.
Ok, jesteśmy bardziej rozwinięci, posiadamy większy intelekt niż zwierzęta, które codziennie trafiają na nasz stół. Ale dla mnie jest to przede wszystkim argument, żeby zastanowic się nad swoim życiem i świadomie przestac brac w tym obrzydliwym procederze udział.
Nie lubię tych, którzy szczycą się jedzeniem mięsa, wychwalając jego smak.
Ja nie lubię smaku mięsa.

Moje proste, linearne grafiki, jak gdyby wykonane ręką dorastającego dziecka przedstawiają kolejne procesy otrzymywania mięsa. Kolejne etapy drogi, jaką nowonarodzone zwierzę musi przejśc, by znalezc się na naszym talerzu.

Hanna Szutowicz













Hanna Szutowicz "Nie lubię mięsa" 2.
Kontynuacją mojej pracy pt. To czego nie lubię- Jedzenia mięsa, jest statyczna instalacja w przestrzeni typowo galeryjnej "white cube". Elementy składające się na tę instalację, to stare, oryginalne sprzęty rzeźnicze, tj. różnego rodzaju i rozmiaru haki, autentyczne pieczęcie do stemplowania zbadanego mięsa, z numerem ubojni, dzienniki z wpisami po badaniu mięsa, na obecnosc pasożytów, z widniejącymi obok danymi osobowymi klienta ubojni, wraz z datą. Ostatni wpis jest z 1997r.
Wszystko pochodzi ze starej, opuszczonej, ale ciągle wyposażonej rzeźni w podszczcińskiej wiosce, na która trafiłam zupełnie przypadkowo parę lat temu. Gdy weszłam tam wtedy, po raz pierwszy, uczucie, jakie mi towarzyszło, jest nie do opisania..
Chociaż rzeźnia ta nie funcjonuje juz od wielu lat, to jednak wszystkie sprzęty, łącznie ze wspomnianymi dziennikami, czy tez ampułkami z antybiotykami (?) pozostały nienaruszone, jakby ktoś dosłownie 5minut temu, na chwilę opuścił stanowisko swojej pracy. Czy to lekarz weterynarii, którego pieczątki noszą jeszcze wyraźny ślad granatowego tuszu? Czy może rzeźnik, którego gumowy fartuch, choc lekko sparciały i sztywny od brudu zdaje się kołysac przy delikatnym wietrze z ciągle poruszających się wentylatorów..?
Strach oraz pewien ciężar towarzyszyły mi przy tym zwiedzaniu. Lecz ciekawośc jak zwykle okazała się silniejsza. Zwisający spod sufitu "pilot", połaczony kablem ze stelażem z hakami, po naciśnięciu przycisku wprawia w ruch te ogromna machinę. Lekki zgrzyt zardzewiałego sprzętu i nagle sufit zaczyna wirowac.
Nie trudno jest wyobrazic sobie to miejsce za czasów swojej świetności, nawet noże czy kołek rzeźniczy pozostały na swoim miejscu.
Mrożące krew w żyłach napisy na obdrapanych ścianach: JELICIARNIA, BADANIE OŚRODKÓW, CHŁODNIA w abstrakcyjny sposób łaczą się z odgłosami cwierkających ptaków za oknem. Bo to przecież wiosna, wszystko rodzi się do życia.
A ja stoję w miejscu, gdzie wiele życ zostało przerwanych.

Wróciłam tam po dwóch, może trzech latach. Uczucie, gdy znów przekroczyłam próg tej starej rzeźni, nie było już tak intensywne, choc ciągle to miejsce wydaje mi się w jakiś sposób fascynujące.
To już nie ma znaczenia, czy poszłam tam jako wegerianka, czy też mięsożerca, myślę, że podobne uczucie to miejscie wzbudziłoby w każdym z nas. Stąd moja praca. Chciałam jak naj bardziej przybliżyc klimat tego miejsca, z drugiej zaś strony pojawienie się tych haków, noży w czystej przestrzeni galeryjnej daje mi naiwną pewnosc, że taki sprzęt juz nigdy nie będzie użyty ze swoim wczesniejszym przeznaczeniem.

Hanna Szutowicz
























wtorek, 24 maja 2011

Aleksandra Rydzkowska, "Zaśpiewaj koteczku jeszcze raz"

Praca oparta na czasie:

Projekt „Zaśpiewaj koteczku jeszcze raz” odwołuje się do znanej nam wszystkim piosenki o kotku, do której odśpiewywania zmuszano wielu z nas w dzieciństwie. Trauma związana z występami muzycznymi przy jednoczesnym braku umiejętności spowodowała u mnie trwałą, nieprzerwaną do dziś niechęć do tej dziedziny. Liczne solowe kompromitacje nasunęły mi chęć odegrania się i powtórzenia tego zabiegu, tym razem nie ze mną w roli głównej, a z grupą moich znajomych o różnym poziomie zaawansowania umiejętności muzycznych, którym dałam instrumenty i kazałam grać lub śpiewać.

Projekt ten to żart mający obnażyć moją nieznajomość tajników muzyki i instrumentalistyki w sposób nie koniecznie przyjemny dla ucha. Jednocześnie chciałabym zilustrować fakt, że muzyka nie zawsze jest „łatwą, lekką i przyjemną”.

Efektem jest ponad dwuminutowy film wideo, w którym przedstawione są desperackie próby wykonania zadanego utworu. W końcu pojawia się ostateczna wersja piosenki zmontowana z nałożonych na siebie wersji utworu, tworzących tym samym muzyczne pandemonium.

„Zaśpiewaj koteczku jeszcze raz” ukazać miało moją nierówną walkę z muzyką. Granie na instrumentach oraz śpiewanie przychodzi mi równie opornie jak bohaterom filmu, a myśl o nutach i kompozycjach muzycznych przyprawia mnie o ból głowy tak jak – być może – końcowy utwór…



Praca nie oparta na czasie:

W wyniku konwertowania filmu wideo pt. „Zaśpiewaj koteczku jeszcze raz” na dzieło nie oparte na czasie, powstał zeszyt nut przygotowany przez osoby grające we wspomnianym filmie. Poprosiłam je, by zrobiły zapis melodii „Wlazł kotek na płotek”, która była motywem przewodnim w pierwszej pracy.

Celem tego działania było uświadomienie odbiorcy powszechnego braku umiejętności muzycznych oraz to, na ile sposobów zapisać możną tą samą, wydawałoby się prostą, melodię. Ostatecznie powstało bowiem sześć zapisów nutowych, wśród których nie ma dwóch choć trochę do siebie podobnych, a podczas odtwarzania ich zapewne powstałaby nieznośna dla ucha kakofonia.

Po raz kolejny punktem zaczepienia stał się więc mój kompleks nieznajomości tajników muzyki, chęć powtórzenia traumatycznych dla mnie zmagań z dzieciństwa, kiedy to w trudach musiałam tworzyć podobne rzeczy, i tym samym zwrócenie uwagi, że muzyka nie jest „łatwą, lekką i przyjemną”.



środa, 4 maja 2011

Alex Kuehl - Nie lubię owoców morza

Aleks Kuehl: Praca oparta o czas: "Nie lubię owoców morza I"


Pragnę przedstawić moją pracę dotyczającą przedmiotu, którego nie lubię. Tych przedmiotów jest wiele, ale do mojej pracy, którą opisuję w poniżej, wybrałem „owoce morza“. Mieszkańcy miast nadmorksich mogą się dziwić, ale to, że owoce morza są nielubiane, nie jest aż taką rzadkością. Ja nie lubię w nich tej śliskiej, gęsto-miękkiej struktury większości z nich. Nie podoba mi się to, że ostrygi są jedzone, kiedy jeszcze są żywe, poza tym nie lubię tego specyficznego zapachu morza, charakterystycznego dla większości zwierząt, które w nim żyją. Ich smak określiłbym jako solno-rybny, a za rybami też nie przepadam. Ale ponieważ technologie jeszcze nie pozwalają na to, aby przez film przekazać zapach, to skupiłem sie na owocach samych w sobie.

Aby przedstawić nielubiany przedmiot, wybrałem medium oparte o czas, a szczególnie chodzi tutaj o animację poklatkowa. W tej animacji widoczni znajomy i ja, grający w szachy. Rozmowa, która jest przedstawiona przez tekst, dotyczy jedzenia , a dokładnie - owoców morza.

Ja, jako nielubiący tych specyficznych owócow, staję się coraz bardziej rozproszony przez myśli o nich. Dochodzi do tego, że zaczynam widzieć owoce morza na szachownicy - figurki zamieniające się w muszle czy ośmiornice. Doprowadza to do tego, że zaczynam robić błędy, coraz bardziej tracę kontrolę nad grą i ostatecznie przegrywam partię.








Aleks Kuehl: Praca nie oparta o czas: "Nie lubię owoców morza II"

Pragnę przestawić pomysł mój na dzieło artystyczne, które nawiązuje do mojego poprzedniego projektu – filmu, w którym opisałem moją nienawiść do owoców morza.

Instalacja, którą zamierzam zrealizować, ma wyglądać następująco:

W workach plastikowych (takich, w których są zazwyczaj transportowane rybki po zakupie, aby je zanieść bezpiecznie do domowego akwarium) chcę umieścić zamiast rybek pojedyncze figury szachowe razem z pojedynczymi owocami morza. Figury i owoce będą tak ustawione w worku, że przedstawią sytuacje które miały miejsce w filmie, więc na przykład ośmiornica, która siedzi na głowie królowej.

Te worki (myślę, że trzy) będą napełnione wodą i powieszone na lince. Linka ta wisiałaby z sufitu, a worki wisiałyby na poziomie ok. (1,75 m?). Pod workami zamierzam postawić kolumny (w kolorze białym). Proste, równe kolumny, na jakich na zwyczaj są wystawione rzeźby. Nie będą użyte bezpośrednio, bo worki będą wisiały jakieś 20 cm nad nimi.

Ta instalacja pokazuje główny wątek mojego filmu. Chcę pokazać, że owoce morza mnie pozbawiają rozumu, kiedy się pojawiają (szachy przedstawiają w tym momencie mój rozum/intelekt). Użycie obrazu transportu rybki pokazuje też, że sytuacja jest tylko przelotna. Tak samo jak rybka jest tylko na okres transportu w swoim worku, to też zwycięstwo owoców nad moim rozumem nie trwa wiecznie. Można byłoby też pokazać, jak się te wystawione instalacje zmieniają w czasie. Figurki (rozum), mimo że drewniane, przetrwałyby o wiele dłużej w worku z wodą, niż owoce. One po jakimś czasie się rozpadają.

Cała ta instalacja powinna stać przed białą ścianą, a kolumny i worki (albo tylko worki) podświetlone. Poprzez wolne wiszenie worków instalacja ta staje się żywa/ruchliwa.




Agata Piasecka "Gotowanie"



Rzeczą, której nie lubię, a na której opieram swój projekt jest gotowanie. Na tym etapie pracy, skupiam się na aurze towarzyszącej wykonywaniu tej czynności, stereotypowo przypisanej płci żeńskiej. Dlatego też chciałabym stworzyć film obrazujący wykonanie sałatki przez anonimową kobietę, która w tradycyjnym otoczeniu kuchennym, ubrana w fartuch, realizuje bliżej nieznany przepis kulinarny, używając środków kosmetycznych i materiałów pielęgnacyjno- upiększających dla pań.
Nagrywając ów proces aktorka, będzie starała się w miarę możliwości odwzorować charakterystyczne gesty towarzyszące gotowaniu, takie jak siekanie, ucieranie, przyprawianie itp. Materiałem jednak w tym przypadku będą takie produkty jak cień do powiek, stanik z push- up’em, kremy antycelulitowe, szminki i wiele innych. Mają one nawiązywać również do czynności „przygotowywania się” przed wyjściem z domu, która jako obowiązkowy punkt w naszej codzienności staje się niekiedy nawet ważniejsza od przygotowania sobie posiłku. Poprawianie wyglądu jest procesem równie złożonym jak gotowanie, wymagającym od kobiety znajomości pewnych przepisów oraz niezbędnego doskonalenia w praktyce. Podobnie jak w sztuce kulinarnej zabiegi służące pielęgnacji urody można zgłębiać, czerpiąc z licznych poradników, książek, czy sąsiadujących z kuszącymi zdjęciami wypieków przepisów na maseczki zamieszczonych w każdym kobiecym czasopiśmie. Obie, jakże niezwykle pokrewne czynności są czasochłonne, wymagające skupienia, zaangażowania i wielu zgromadzonych materiałów. Jednocześnie obie mają charakter tymczasowy, bo przecież dobry obiad jesteśmy w stanie zjeść w 15 minut, zaś nawet najlepszy makijaż spłynie po chwili wzruszenia.
Prezentacja filmu powinna przebiegać na małym telewizorku ustawionym na lodówce, obok wazonika ze świeżymi kwiatami i misy z sałatką. Wewnątrz lodówki między zwykłymi produktami spożywczymi, znajdowałyby się specyfiki pielęgnacyjne dla kobiet (w ilości większej niż zwykle, gdy kobiety chowają niewielkie buteleczki cennych preparatów, by przedłużyć ich termin ważności).

Mikołaj Tkacz - Zabawa w piwnicy

Zabawa w piwnicy WIDEO






                Nie lubię ostrych przedmiotów,  kiedy są w pobliżu myślę o tym, że za chwilę mogę się skaleczyć. Ostre brzegi mebli, ostre zamki, noże działają na mnie negatywnie. Są dla mnie oznaką złych intencji. Jednocześnie sam doświadczam przyjemności przy przekrawaniu czegoś, bądź dziurawieniu ostrzem.
                Nagranie zrobione przez dwóch chłopców w piwnicy jest dla mnie dobrym uwiecznieniem emocji, które towarzyszą mi przy kontakcie z ostrymi przedmiotami. Chłopiec dziurawiący nożem zabawkowe stworzenie wyżywa się albo po prostu realizuje swój pomysł na zabawę.  Chłopak filmujący zabawę uważnie przygląda się czynnościom młodszego kolegi i uwiecznia każde dźgnięcie. Nie wiemy, czy skutkami tej zabawy jest złość, czy zwyczajne znudzenie. Całe zdarzenie może być jednocześnie odbierane jako niewinną zabawę albo chorą sytuację.

Nie lubię złego planowania przestrzennego








"POKÓJ"

autor: Magda Sakowska-Carło

Kontynuacją projektu "Nie lubię złego planowania przestrzennego" w ramach którego powstał film "I want to ride my bicycle" jest instalacja przestrzenna "Pokój".

W przeciwieństwie do poprzedniej realizacji jest to dzieło nie oparte na czasie. Ponieważ tematyką mojego projektu jest złe planowanie przestrzenne, tym razem postanowiłam przybliżyć zjawisko na przykładzie bliskim chyba każdemu człowiekowi. Najbliższe nam otoczenie, w którym czujemy się dobrze i bezpiecznie - pokój.
Instalacja utworzona została w pomieszczeniu zabytkowej willi w Szczecinie, zadaniem jakiego się podjęłam, było umeblowanie tego pomieszczenia na podobieństwo zwyczajnego pokoju mieszkalnego jakie mogliby zamieszkiwać młodzi ludzie, jednak w taki sposób, aby ustawienie mebli i przedmiotów powodowało niefunkcjonalność miejsca. Chcę pokazać, jak drobne na pozór niedociągnięcia, nieprzewidywanie różnych sytuacji wynikających z użytkowania przestrzeni, czy stosowanie nieodpowiednich komponentów może dramatycznie wpłynąć na użyteczność. W efekcie otrzymujemy klasyczną kawalerkę, w której mimo iż pomieszczenie jest dość duże, trudno funkcjonować. Nie otwierające się drzwi do garderoby, zastawione włączniki światło, burko do którego można się dostać przez zaporę z kabli, kanapa, której bez przestawiania co noc foteli, nie da się rozłożyć, nieznośnie niewygodna jadalnia, zbyt nisko zawieszona lampa i zamontowane półki, fotele na których nie da się usiąść - ot kilka utrudniających życie elementów.
Chcę pokazać, że nikt świadomie nie skazałby się na funkcjonowanie w nieergonomicznej, niewygodnej przestrzeni. Każdy z nas mebluje swoje otoczenie z dużym zaangażowaniem, uwzględniając swoje potrzeby. Dlaczego więc ten wzorzec postępowania tak trudno przenosić na inne inwestycje. Dlaczego właśnie w planowaniu przestrzeni publicznych miast, tak ciężko o zachowanie funkcjonalności? Jednocześnie instalacja zwraca uwagę na to jak łatwo popełniać błędy i jak niewiele potrzeba aby problem zaistniał.




Tytuł pracy filmowej: I want to ride my bicycle.

autor: Magda Sakowska-Carło


Ze względu na swoje wykształcenie w dziedzinie architektury krajobrazu, bardzo istotne i zauważalne dla mnie są problemy planowania przestrzennego, zwłaszcza w mieście. Od wielu lat zwracam uwagę na różnorodne, zazwyczaj dość nieudolnie zaplanowane inwestycje i przedsięwzięcia. Dla mnie, jako rowerzysty, jednym z bardziej palących problemów miasta w którym mieszkam, jest brak, lub źle zaplanowane ścieżki rowerowe. W swoim projekcie chciałam zwrócić uwagę na ten problem, jednak bez zbytniego moralizatorstwa i nadmiernej powagi – wręcz przeciwnie, nadać mu lekko humorystyczną formę. W rezultacie powstała krótka etiuda filmowa, trwająca 3:18min, podczas której przedstawione są losy bohatera-rowerzysty, który boryka się z problemem poruszania się po mieście po istniejących ścieżkach rowerowych.


Początkowo przedstawiony jest problem „urywających się ” nagle fragmentów tras rowerowych, które stawiają rowerzystę w kłopotliwej sytuacji, odnośnie kontynuowania zaplanowanej podróży. W rożnych ujęciach pokazane są „drastyczne cięcia” w trasie. Ten fragment ma przybliżyć emocje wynikające z takiej podróży.

W kolejnej części następuje złamanie realistycznej konstrukcji filmu i wprowadzenie elementu surrealistycznego. Pojawia się humorystyczny, z pogranicza fantastyki naukowej sposób na rozwiązanie trudnej i kłopotliwej sytuacji rowerzystów, którzy chcieli by bezpiecznie, a jednocześnie zgodnie z prawem poruszać się w mieście, po wyznaczonych im trasach. Otóż nasz bohater angażuje się intelektualnie i poświęca swój czas na skonstruowanie urządzenia, które pozwoli mu przezwyciężyć trudności w korzystaniu ze źle zaplanowanych ścieżek rowerowych.

W części trzeciej pokazana jest jego przejażdżka, podczas której wykorzystuje niezwykłe urządzenie gdy napotyka problemy. Działanie to jest ukazane kilkukrotnie, w różnych częściach miasta, w których wyznaczone trasy nagle się kończą. W ten oto sposób, jest w stanie w miarę płynnie, przemieścić się do celu podróży.


Ten projekt to humorystycznie postawione pytanie do architektów i planistów w jaki sposób widzą oni ruch rowerzysty po tak zaprojektowanych i realizowanych trasach rowerowych, a także chęć wciągnięcia w dyskusję mieszkańców miast. Czy to jedyne rozwiązanie dla chcących poruszać się przyjaznym dla środowiska pojazdem? Jest to także dodatkowy głos reprezentujący sporą społeczność, z którą władze miejskie powinny się liczyć a mimo wielokrotnego poruszania problemu, nadal niewiele robi się aby usprawnić system komunikacji i często lekceważy się ten problem.

Całości dopełnia utwór zespołu Queen "Bicycle race"




Agata Piasecka- nie lubię gotować...










Tematem mojej pracy opartej na czasie, skupiającej się na rzeczy dla mnie nieznanej i nielubianej jest GOTOWANIE.

Czynność ta w dzisiejszych czasach częstokroć zastępowana jest niewymagającymi substytutami, tj. pierogi z foliowej torebki, krokiety z supermarketu czy najróżniejsze „mixsy sałatkowo - surówkowe”. O ile dania główne wymagają od autora jakiegokolwiek pojęcia o kuchennych reakcjach chemicznych, doświadczenia z temperaturą oraz wyczucia skali i proporcji, by w ogóle wyrób był zdatny do spożycia, o tyle produkcja sałatek i surówek jest doskonałym polem do fantazyjnych eksperymentów i dogadzania własnym gustom smakowym.

Dla jednych sałatki są podstawą codziennego żywienia, dla innych stanowią jedynie nieznaczący dodatek, niektórzy z pieczołowitością siekają starannie wyselekcjonowane produkty, są też zdolni autorzy sałatek z serii „wszystko co masz pod ręką i musisz zjeść, bo się zepsuje”.

Uważam, że to, co dzieje się poza centralną areną dań głównych, na małych scenkach barów sałatkowych, jest swoistym obrazem relacji międzyludzkich, socjologicznych zjawisk społecznych, podejścia do zaspokajania własnych potrzeb fizycznych czy osobistego trybu życia.

Dlatego też postanowiłam skupić się na tematyce „surówek i sałatek”, poddając je głębszym obserwacjom pod kątem badawczym, artystycznym i edukacyjnym (może nawet ostatecznie podnosząc ową czynność do rangi Sztuki Żywej, swego rodzaju przejawu artyzmu w codzienności).

Przez tydzień, każdego dnia z innym znajomym lub członkiem rodziny zamierzam przyrządzać sałatkę, wpasowując się w ich schemat dnia, możliwości finansowe i czasowe oraz smakowe upodobania. Medium rejestrującym wydarzenia będą fotografie produktów, gotowych wyrobów i ich twórców, opatrzone opisem, dzięki któremu poznamy metodę selekcji produktów, osobiste zaangażowanie twórcy i jego stosunek do przygotowanego posiłku, sposób konsumpcji oraz szersze okoliczności w jakich sałatka wkracza w system codziennego funkcjonowania.